Są rzemiosła, których obecność da się rozpoznać po dźwięku. W przypadku tkacza jest to cichy, rytmiczny stuk krosien: czółenko przesuwające się po osnowie, uderzenie bijaka, szmer napinanej nici. Tkacz należał do tych ludzi, dzięki którym wieś i miasteczko nie tylko jadły, ale też się ubierały. Płótno było bowiem równie podstawowym elementem codzienności jak chleb, a zanim pojawił się handel gotowymi tkaninami, cały proces zaczynał się od surowca i pracy rozłożonej w czasie: od lnu i konopi, przez międlenie, czesanie i przędzenie, aż po tkanie na krosnach, które w wielu domach stały jak drugi, pracujący stół.
W metrykach parafialnych dopisek „tkacz” lub „płóciennik” nie był więc tylko nazwą zawodu. Oznaczał człowieka głęboko wpisanego w rytm roku gospodarczego: zimową pracę pod dachem, letni handel, wymianę i kredyt. W Ostrowie Lubelskim rzemiosło to miało także wymiar instytucjonalny. Funkcjonował tu cech tkaczy i płócienników, z wybieranymi cechmistrzami pierwszym i drugim, a zachowane dokumenty pokazują codzienność życia cechowego: wybory władz, spory wewnętrzne, przyjmowanie terminatorów i warunki nauki u majstra. Tkacz nie był więc wyłącznie „rzemieślnikiem domowym”, lecz częścią miejskiego porządku prawnego i obyczajowego.
1884 Vincent van Gogh – Tkacz stojący przed krosnem
Jednocześnie tkactwo było rzemiosłem silnie osadzonym w przestrzeni domu, co niosło ze sobą realne zagrożenia. Prasa odnotowywała przypadki pożarów związanych z obróbką lnu. W 1907 r. „Gazeta Świąteczna” opisała pożar w Kolechowicach Starych pod Ostrowem, który miał rozpocząć się od suszenia lnu przy piecu. Ogień zagroził całej wsi, a do akcji gaśniczej ruszyli także mieszkańcy Ostrowa, z udziałem miejscowego proboszcza. Epizod ten dobrze pokazuje realia pracy „lnianej”: zimową wilgoć, pośpiech, praktyki domowe oraz cienką granicę między codzienną gospodarską koniecznością a katastrofą[1].
Wyroby tkackie miały w regionie rangę, którą warto podkreślić. Podczas pokazu hodowlano-przemysłowego w Lubartowie w 1909 r. prasa zwracała uwagę, że wśród drobnego przemysłu szczególnie wyróżniało się tkactwo, a najwyższą nagrodę za wyroby tkackie otrzymała Stefania Michudowa z Lubartowa. Tkanina nie była tu wyłącznie produktem użytkowym, lecz także przedmiotem dumy i estetycznej oceny[2].
1883-84 Vincent van Gogh – Tkacz II
W dwudziestoleciu międzywojennym rzemiosło tkackie zaczęto coraz częściej ujmować w ramy wystaw i działań organizacyjnych. W 1929 r. „Ziemia Lubelska” informowała o otwarciu w Lublinie Stałej Wystawy Polskiego Zdobnictwa i Przemysłu Ludowego, na której prezentowano m.in. tkaniny lniane i wełniane oraz wzmianki o warsztatach tkackich, w tym w Zwierzyńcu[3]. W tym samym roku prasa relacjonowała także Wystawę Przemysłu Ludowego we Włodawie, zorganizowaną przy okazji zjazdów samorządowych, gdzie odnotowano nawet „nowoczesny warsztat tkacki”[4]. Był to wyraźny znak epoki: tkactwo trwało, ale zaczynało być łączone z edukacją i próbami unowocześnienia.
Po II wojnie światowej zmienił się język opisu, lecz nie zniknęło znaczenie surowca. W 1951 r. „Sztandar Ludu” pisał o wysokiej pozycji województwa lubelskiego w produkcji lnu i konopi, o sieci skupu oraz o systemie wymiany włókna na tkaniny bawełniane. Nawet w nowej rzeczywistości gospodarczej len pozostawał sprawą publiczną, a tkanina dobrem pierwszej potrzeby[5].
Pamięć o dawnej „lnianej robocie” przetrwała także w lokalnej refleksji historycznej. W 2001 r. w Uścimowie odnotowano wystawę poświęconą tradycyjnemu tkactwu, zatytułowaną „Jak z lnu tkano płótno”, co pokazuje, że technologia ta była już postrzegana jako element dziedzictwa kulturowego[6].
Na tym tle spis tkaczy z parafii Ostrów Lubelski warto czytać jak mapę lokalnej „sieci lnianej”. Zestawienie ułożone jest według miejscowości; przy nazwiskach pojawiają się rubryki „Życie” oraz „Praca”, a w przypadku Ostrowa także doprecyzowania funkcji cechowych. Znaki zapytania nie są tu brakiem staranności, lecz uczciwym wskazaniem granic źródeł. Czasem o tkaczu wiemy tylko tyle, że był i to wystarcza, by zobaczyć, że w tej rodzinie i w tej miejscowości ktoś na co dzień wytwarzał coś, co dosłownie splatało życie.
[1] „Gazeta Świąteczna” 1907, R. 27, nr 49 (8 XII), s. 2-4.
[2] „Gazeta Świąteczna” 1909, R. 29, nr 26 (27 VI), s. 1-3; „Zorza” 1909, R. 44, nr 27 (1 VII), s. 419-421.
[3] „Ziemia Lubelska” 1929, R. 25, nr 95 (9 IV), s. 3.
[4] „Ziemia Lubelska” 1929, R. 25, nr 61 (3 III), s. 4-5.
[5] „Sztandar Ludu” 1951, R. 7, nr 267 (10 X), s. 3.